Pomagać, ale nie oswajać
Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w Spytkówkach prowadzi Fundacja „Z Dzikiej Strony”. Powstała kilka lat temu, by ratować dzikie zwierzęta i przywracać je naturze. Nie bez powodu znajduje się z dala od ludzkiego zgiełku.
- Jesteśmy miejscem, którego się nie zwiedza, bo takie pytania też często padają. To tak nie działa. Tutaj jest miejsce leczenia, rehabilitacji, są szpitale, woliery dla zwierząt dzikich, które bardzo się stresują i boją się nas, ludzi - i właśnie o to chodzi. Człowiek nie ma wstępu po to, żeby one jak najbardziej pozostały dzikie i miały szansę potem przeżycia w naturze. Bo to jest najważniejsze, żeby one mogły dalej się rozmnażać, zachować ciągłość populacji - tłumaczy Paulina Cudna, prezes fundacji "Z Dzikiej Strony" i założycielka Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w Spytkówkach.
Do ośrodka trafia rocznie blisko… 5 tys. pacjentów! Najczęściej z winy człowieka, bezpośredniej lub pośredniej. Potrąconych przez pojazdy, rannych w zderzeniach z szybami, porażonych przez linie energetyczne, uwięzionych w ogrodzeniach, w oczkach wodnych bez zabezpieczonej linii brzegowej, czy takich, które nieświadome zagrożenia zjadły śmieci.
- Mnóstwo jest tych przypadków, gdzie zwierzęta dzikie cierpią po prostu z naszej winy. Każdego z tych pacjentów trzeba przyjąć, założyć mu kartę leczenia, zbadać, zdiagnozować, zaordynować leczenie i nierzadko, oprócz zwykłego podawania leków, wymiany opatrunków to jeszcze karmić, pilnować, pilnować wagi i wszystkiego – mówi Paulina Cudna.
Gdyby nie fundacja los tych dzikich zwierząt byłby przesądzony. Najgorzej jest wiosną i latem, bo wtedy do ośrodka trafia najwięcej pacjentów. A cały personel, który się nimi kompleksowo opiekuje to zaledwie garstka osób.
- Rąk jest za mało, bo jest za mało środków na to, żeby zapewnić pełne zatrudnienie, dlatego ta nasza ekipa tutaj jest bardzo mocno przeciążona. Tutaj na miejscu w ośrodku jest nas czworo, oprócz tego na tak zwanym Dzikim SORze, czyli w punkcie przyjęć w Poznaniu są dodatkowo trzy osoby. No i tam również jest ciężko, niestety. W sezonie wiosenno-letnim śpimy bardzo mało, ponieważ przyjęć zwierząt jest bardzo dużo. Rekord w tym roku to było 100 przyjęć jednego dnia, także możecie sobie państwo wyobrazić, jaka to jest praca – wyjaśnia pani prezes.
Czasochłonne jest samo karmienie zwierząt.
- Ptaki, jeżeli zwrócicie państwo uwagę od świtu do zmierzchu karmią. Cały czas zbierają pokarm i lecą do gniazda, wkładają do wiecznie rozdartych dziobków i lecą dalej. Mamy ten plus, że jedzenie po prostu wyciągamy z lodówki, z zamrażarki i na bieżąco rozmrażamy. Nie musimy biegać po polu i łapać go w swoje ręce. Ledwo skończymy karmić pierwszą partię, to już te pierwsze są z powrotem głodne. Także to jest takie trochę never ending story - tłumaczy Paulina Cudna.
A to, co jedzą skrzydlaci pacjenci nie leży na półkach w typowych sklepach.
- To są bardzo często takie rzeczy jak owady karmowe, czy to świerszcze, szarańcza, mączniki, drewnojady, mole woskowe. To są wszystko bardzo drogie produkty, które idą u nas naprawdę „na potęgę”. Oprócz tego myszy, szczury, gryzonie karmowe, kurczaki jednodniowe, ryby. To są spore koszta. Są to też rzeczy, których nie możemy zbierać na zbiórkach. Nie da się zorganizować zbiórki ryb, myszy i owadów, więc tutaj mamy troszeczkę ograniczone pole do działania. Musiałabym spojrzeć na raport z zeszłego roku, ale mieliśmy chyba około 1,5 mln złotych wydatków. I tutaj mówię o kosztach wszelkich, czyli pokarmu, opieki weterynaryjnej, leków, prądu, wody, no i zatrudnienia.
Niewiele dla wielu
Niestety, takich ośrodków jak ich jest na terenie Polski bardzo mało. Ten w Spytkówkach utrzymuje się głównie z darowizn od osób prywatnych. Niewiele samorządów poczuwa się do odpowiedzialności za los dzikich zwierząt, które zamieszkują ich tereny i które stają się pacjentami ośrodka.
- W województwie wielkopolskim mamy ponad 220 gmin. Tych, na których wsparcie możemy liczyć jest na ten moment kilkanaście. Działamy jako fundacja właśnie po to, żeby móc zbierać pieniądze dla tych zwierząt. Przede wszystkim utrzymujemy się z datków i z darowizn od osób prywatnych, które wspierają naszą działalność i którym zależy na tym, czym się zajmujemy – mówi założycielka "Z Dzikiej Strony".
Wśród kilkunastu gmin wspierających leczenie dzikich zwierząt w ośrodku jest m.in. Kościan i Gostyń, który fundacja stawia za przykład wzorowej współpracy.
- Bardzo dużo zwierząt z Gostynia przyjeżdża do nas i jest tam zapotrzebowanie rzeczywiście na tę pomoc. Gostyń pochylił się nad tym tematem i już od zeszłego roku zorganizował tą pomoc w sposób taki rzetelny i konkretny. Oprócz tego takim największym naszym partnerem jest miasto Poznań, bo to stamtąd trafia do nas najwięcej zwierząt. Oprócz tego gminy ościenne - Luboń, Tarnowo, Podgórne, Puszczykowo, Pobiedziska... - wymienia P. Cudna.
Na tej krótkiej liście wspierających ośrodek Leszna nie ma.
- Mamy bardzo dużo telefonów od mieszkańców, którzy szukają pomocy bezskutecznie na swoim terenie. No niestety na razie w tym temacie się nic nie zmienia. Nadal nie udało nam się wypracować żadnej współpracy. Jest to przykre, że takie duże miasto do teraz nie podjęło współpracy z żadnym ośrodkiem. Niekoniecznie z naszym, z jakimkolwiek. Ten temat niestety kuleje w całej Polsce, bo tu nie mówimy tylko o Wielkopolsce. W wielu gminach podpisywane są umowy z lekarzami weterynarii, z jakimiś lecznicami, przychodniami, które nie mają doświadczenia w opiece nad tymi zwierzętami, nie mają odpowiedniej infrastruktury, wiedzy, miejsca, pokarmu i wiemy doskonale, jak wiele z tych zwierząt po prostu przepada – mówi P. Cudna.
Z powodu ogromnej liczby pacjentów, ciągłego niedostatku środków na ich leczenie oraz niewystarczającej liczby rąk do pracy ośrodek zmuszony jest niekiedy odmawiać przyjęć zwierząt.
- Nie jesteśmy z gumy, mamy swoje pojemności. Naprawdę naciągamy swoje możliwości do granic, ale one są i czasami się zdarza, że rzeczywiście nie możemy sobie pozwolić na przyjęcie kolejnego pacjenta. I przykre jest to, że spotykamy się wówczas z nieprzyjemnymi reakcjami. Ludzie są bardzo rozczarowani i najgorsze jest to, że zapamiętają, że to my odmówiliśmy tej pomocy - a nie, że nie wyegzekwowali jej tam, gdzie powinni, czyli w urzędach gmin, miast itd. Z drugiej strony rozumiemy tę sytuację, bo każdy chce temu zwierzęciu zorganizować jakąś pomoc, jak już się na nie natknął. Niestety, bardzo często nawet służby w różnych miejscach, w różnych gminach nie wiedzą, jak to działa. Jeżeli tam nie ma procedur, no to rozdają nasz numer na potęgę. I każdy myśli, że wystarczy jechać do ośrodka. Nikt się nie zastanowi, gdzieś tam z tyłu głowy, jak to jest z tym przyjmowaniem, skąd, za co i tak dalej - wyjaśnia Paulina Cudna.
Szczęśliwe zakończenia
Pod opieką ośrodka jest obecnie ponad 400 dzikich pacjentów. Jeszcze niedawno było ich 600. Są wśród nich m.in. bociany uratowane pod koniec lipca w Starym Gostyniu, orzeł bielik, wiewiórki, czy nietoperze.
- Jest to sporo mniej, niż jakieś dwa tygodnie temu, bo jesteśmy po wielu wypuszczeniach. Także już taki lekki gdzieś tam oddech czujemy. Dziki zwierzęta często nas pozytywnie zaskakują, bo pomimo naprawdę ciężkich obrażeń i jakichś ciężkich chorób pięknie dochodzą do siebie, dobrze zaopiekowane. Bardzo często tak zaskakują nas jeże, które są bardzo mocno pokaleczone, pogryzione, zjedzone nierzadko przez larwy much i które się udaje wyprowadzić, nierzadko właśnie stosując dodatkowe elementy terapii, na przykład terapii światłem - mówi P. Cudna.
Takie szczęśliwe zakończenia leczenia i wypuszczenia dzikich pacjentów na wolność to nie tylko zasługa pracowników ośrodka, ale i wolontariuszy. Tych ostatnich, tak jak pracowników nie ma wielu. Każda osoba chcąca pomóc w ich ratowaniu jest tam mile widziana.
- My wszystkiego tego, czego się da nauczymy. Jest mnóstwo czynności, do których nie trzeba mieć doświadczenia, a tymi czynnościami można naprawdę bardzo nas odciążyć. Ważne jest tylko to, żeby to były osoby, które chcą z jakąś chociaż najmniejszą regularnością wpadać. Wolontariusze są bardzo cenni i zawsze ich potrzebujemy - podkreśla założycielka "Z Dzikiej Strony".
Polecany artykuł: